Łebski sukces – krótka notka

•19 stycznia 2013 • 4 Komentarze

Browar Łebski reklamuje się w Internecie. A to piwko tylko ciut-ciut spasteryzowane, a to z Łeby, Sopotu i nawet z Międzyzdrojów. Nadmorskie, pachnące słońcem, piaskiem, gliną lodowcową, pokładami węgla brunatnego i solą bałtycką. Przy okazji piwo produkuje browar Witnica. Kiedy ostatnio patrzyłem na mapę, nawet taką internetową, to Witnica znajdowała się na ziemi lubuskiej

Żadna nowość ktoś powie, Internet huczał o tym już dawno – prawda. Ale zaskoczyło mnie, że browarowi udało się coś: wbili się w świadomość niektórych ludzi, jako coś „lepszego”. Oto przeglądając portal wykop.pl trafiłem na taką oto grafikę:

 Wykop

Wyraźnie widać, że… Tu nawet nie ma co opisywać, obrazek mówi sam za siebie. Oto w świadomości osób, które z jednej strony nie chcą pić czego popadnie (a mam wrażenie, że wynika to w tym wypadku z mody), a z drugiej strony nie do końca jednak wiedzą co piją, browar łepski zajął miejsce wśród innych „regionalnych” i „rzemieślniczych”. Staje się, nie daj Boże, wyznacznikiem jakości?

Chylę czoła przed marketingowcami z łepskiego. W swojej bezczelnej, kasującej wpisy na portalach społecznościowych i promującej tandetne żarty metodzie znaleźli nabywców. Utrwala się wizerunek browaru „z wyższej” półki. Gdzie tam koncerniak, teraz należy pić łepskie. I przy okazji zrobić zdjęcie smart fonem, nałożyć na to kilkanaście filtrów graficznych i wrzucić na tablicę browaru. A nóż widelec dostaniemy otwieracz? Albo smycz?

A na dodatek, w ramach przypomnienia praktyk browaru. Jeden zrzut ekranu wykonany 27 grudnia, drugi – dzień później. Zabawa polega na znalezieniu brakujących elementów.

Dlatego jestem wdzięczny blogerom i forumowiczom za uparte przypominanie o tym. Takie tematy trzeba tłuc, roztrząsać i pisać o tym. Każdy jeden wpis czy notka ma szansę trafić do innego czytelnika i zwrócić jego uwagę.

Reklamy

Zestaw Kolekcjonerski Ciechan – krótka notka

•9 stycznia 2013 • 6 Komentarzy

Zestaw Kolekcjonerski

Dzisiaj nie o piwie, lecz o szkle. Tym, które zaserwował w zestawie kolekcjonerskim Browar Ciechan. A szkło robi niespecjalne wrażenie. Na pewno nie jako zawartość zestawu kolekcjonerskiego, a taki napis krzyczy z kartonu. Przez okienko w tekturze wygląda to jako tako, po wyjęciu bardziej emocjonalni mogą: jęknąć, westchnąć, przyklapnąć, oklapnąć i zmaleć niczym starcy.

Szkiełko pojemności około 0,33l może pasować, jako limitowany gadżet do Brackiego Rauchbocka, ale tamto naczynko ma kształt, formę i jest po prostu bardzo ładne. Prosty pokal, miniaturka tego, co na przykład oferuje Fortuna (pokal Miłosław) nijak nie sprawia wrażenia ładnego. Naczynie jest co najwyżej poprawne. Szkło wydaje się być delikatne i sprawia wrażenie, że z byle powodu trzaśnie. Nadruk wykonany na pokalu nieznaną mi metodą jest chropowaty, od razu pojawia się myśl, że po drugim myciu przepadnie niczym brokat wytrzepany z sylwestrowej kreacji.

Ciechan nie jest piwem, którym można się zachwycać przez długie godziny i wąchać je z maleńkiego szkła. Ciechan jest przyjemnie pijalny, pasuje do naczyń o pojemności 0,5l. Brakuje mi tu chociażby grawera, który znajduje się w szkłach z Fortuny, brakuje ciekawej formy. W starciu z ostatnim zestawem z Miłosławia, Ciechan przegrywa na każdym froncie.

Nie zachwycił mnie ten zestaw, na szczęście nie ja go kupiłem.

W zestawie:

  • Wyborne
  • Pszeniczne
  • Miodowe
  • Lagerowe
  • Maciejowe

Pierwsza warka – nabita w butelkę

•6 stycznia 2013 • 2 Komentarze

Dzisiaj piwo po fermentacji trafiło do butelek, udało się nam uzyskać ich 39. Za dwa dni butelki trafią do piwnicy. Czas aktywnej działalności wokół piwnej dla tej warki w zasadzie zakończył się.

Co istotne w tej chwili jestem w stanie zauważyć co najmniej jeden błąd, który przy następnych warkach zostanie wyeliminowany. Podekscytowany warzeniem piwa nie skalibrowałem areometru na samym początku, zrobiłem to po fakcie, przed pierwszym pomiarem po fermentacji burzliwej. Jeśli dodać do tego niewprawne oko i różnicę 6 stopni Celsjusza względem pierwotnej kalibracji przyrządu, wyjdzie na to że nie jestem pewien pierwotnej gęstości. Założyłem, że jest to około 11° blg. Przy końcowym blg na poziomie 2,5° przewidywalna zawartość alkoholu oscyluje wokół wartości 4,2%.

Na zdjęciach 38 z 39 butelek. Ta ostatnia schowała się, chyba ze wstydu 🙂

Dyniamit – Browar PINTA

•2 stycznia 2013 • 1 komentarz
  • Browar PINTA
  • Pumpkin Ale
  • Ekstrakt 16,5°
  • Alkohol 6,0%

Mam takie pudełko, w którym trzymam kilka butelek piwa. Nazywam je magicznym kartonem – wiem, wielce to wyszukane – i przechowuję schowane pod łóżkiem. Jako nastolatek ukrywałem, nie ja jeden, napoje wyskokowe przed czujnym okiem i rodzicielską troską. Obecnie chowam piwo przed sobą, bo łatwiej zapominam, że mam coś ciekawego. A każdy zna uczucie, kiedy przeszukując dawno zapomniane rupiecie znajduje 10, albo więcej, złotych. Z drugiej strony, piwo jest doskonale odcięte od światła i „domowych szkodników”.

W listopadzie do pudełka trafiło piwo będące tematem tego wpisu. Potem albo zapominałem o nim, albo akurat byłem chory i piwo przeleżało dwa miesiące w asyście innych butelek. Potem pomyślałem, że przekornie opiszę to piwo po czasie, kiedy był boom na pumpkin ale.

Etykieta utrzymana w obecnej stylistyce PINTY, stylistyce, której ja krytykować nie będę. I nie dlatego że krytykuje ją, co drugi piszący o tym piwosz, ale dlatego, że moim zdaniem etykiety są w porządku. Nieco złowieszcza dynia uśmiecha się do konsumenta, w parze z nazwą i opisem stylu nie można się pomylić względem tego piwa.

Zaraz po otwarciu atakuje mocarny aromat goździków oraz czegoś, co dla mnie jak żywo przypominało startą marchewkę. Taką jak to podaje się czasem w ramach surówki do drugiego dania. O goździku dowiedziałem się wprawdzie z etykiety, ale nie byłem przygotowany na to, co mnie spotkało. Po przelaniu na powierzchni piwa powstała bardzo ładna piana. Estetyczna, przyjemna dla oka. Drobnoziarnista, delikatnie kremowa. Odcień przesunięty lekko w stronę beżu. Bardzo długo utrzymywał się ten zgrabny kożuszek i towarzyszył mi niemal do samego końca.

Piwo pod światło wydaje się być lekko marchewkowe dzielone przez dynio-skórkowe i doprawione nieco mandarynką. Nieprzejrzyste, mętne. Szklanka PINTY ma na dole spory grawer tworzący okrąg. Z tego powodu w piwie widać było sporą ilość gazu unoszącego się w górę. Przy piciu wysycenie okazało się być dokładnie takie jakbym tego oczekiwał.

W smaku dominuje goździk. Należałoby chyba tego goździka zapisać wielką literą, bo jest prawdziwym hegemonem. Niepodzielne władanie spowodowało, że przypomniałem sobie o jednej sprawie – nienawidzę goździków! Stąd moja ocena jest już od pierwszych sekund zmanipulowana niczym wybory na Ukrainie. Choćbym udawał, że jest inaczej to i tak wiadomo, że mi nie smakuje. Poza goździkami jest jeszcze nieco goryczki, przyjemnej – to muszę oddać PINCIE. Piwo pozostaje podobne aż do finiszu, to chyba za sprawą króla aromatów. Nie czuć w nim alkoholu, ani grama – to też jest swego rodzaju plus. Jednak, jeśli za rok powstanie piwo bazujące na tej samej recepturze, nie sięgnę po nie.

Pierwsza warka

•31 grudnia 2012 • 2 Komentarze

Kiedy zaczęła się moja przygoda z piwem innej kategorii niż „marki popularne” powstała również chęć do samodzielnego uwarzenia trunku. Budżet studencki obarczony jest tą, jakże znaną, przypadłością, która nakazuje mu równać do zera w dowolnym czasie. Także warunki lokalowe, szczególnie na pierwszych latach studiów nie sprzyjały inwestycji we własne piwo. Jednak nastał ten czas, kiedy wspólnymi siłami kilku zaangażowanych w to osób spełniliśmy marzenie.

Zestaw startowy zamówiliśmy w serwisie browamator.pl. Pomimo małych opóźnień całość nie trwała długo i po krótkim czasie w domu znalazła się paczka ze sprzętem. Pozostało nam jeszcze kupić garnek, który kosztował tyle co połowa zestawu. Wydaje się jednak być kawałkiem porządnego, emaliowanego żelastwa.

Na pierwszy ogień wybraliśmy brew-kit. Trzymam się zasady, wedle której „nie od razu Rzym zbudowano” i nie chcę narażać się na zniechęcenie w przypadku ewentualnej porażki przy piwie „pełną gębą”. Metodą małych kroczków mamy zamiar kroczyć do po stopniach zaawansowania piwowarskiego. Nie chodzi tu przecież o brak ambicji – sam mam już pewne pomysły względem przyszłych warek – lecz o rozsądne podejście.

Brew-kit dołączony do zestawu to Geordie Mild. Wszystko wykonaliśmy zgodnie z instrukcją, uzupełniając wiedzę fragmentami wpisów z serwisu browar.biz oraz FAQ dostępnego na browamator.pl. Posiłkując się darmowym numerem Piwowara (pspd.org.pl) skalibrowaliśmy areometr i tym sposobem pierwsza Warka w tej chwili fermentuje. Ekstrakt początkowy osiągnął około 11° BLG.

W tym samym czasie, co widać na ostatnim zdjęciu, pozbyliśmy się etykiet z pierwszej partii butelek, które następnie zostały wstawione do piekarnika na 45 minut, przy temperaturze 180° C.

Mam szczerą nadzieję, że pierwsze warzenie nie okaże się fiaskiem i za około 3 miesiące będziemy zadowoleni z końcowego produktu.

 

Życzę wszystkim szczęśliwego roku 2013. Zdrowia, mnogości smaków i radości w życiu.

Saint No More – AleBrowar

•22 grudnia 2012 • Dodaj komentarz
  • AleBrowar
  • Christmas Ale
  • Ekstrakt 16°
  • Alkohol 6,2%
  • IBU 55

Przyszedł czas zakupów świątecznych. Wczoraj wybrałem się na takowe i przy okazji złapałem dwie ostatnie butelki AleBrowaru. Nieświęty Mikołaj mrugnął zawadiacko okiem i znalazł się wśród reszty butelek.

Etykiety AleBrowaru jakie są każdy widzi. Jedni je lubią, inni nie. Ja mógłbym powiesić w domu plakaty z taką grafiką. Brudny H… Mikołaj pręży bicepsy i dusi elfa. Piwo spod bandery skrzyżowanego poroża i maleńkiej czaszki – taka wizja Mikołaja do mnie przemawia. Mały problem natury estetycznej – krawatki trzymają się na słowo honoru, na jednej z butelek nalepka się odkleiła. Widać to na zdjęciach. Ale! Jakie jest to piwo? Jest niczym nie do końca udany abordaż przeprowadzony przez piracką załogę – szybko, z mnóstwem fajerwerków i nieco zbyt chaotycznie.

Po przelaniu rośnie średniej grubości piana. Grubsze bąble u dołu, wierzch budują drobniejsze pęcherzyki. Od góry piana przypomina kapturek spotykany na kawie. Podobny kolor, podobna faktura. Kożuszek zdaje się być kremowy i plastyczny. Opada powoli, chociaż wyraźnie. Pozostaje do końca na powierzchni piwa i w postaci kilku pierścieni na szklance.

Piwo jest nieprzejrzyste, ciemnobrązowe. Przypomina nieco kakao rozrobione z wodą. Światło przenika tylko u góry szklanki i nieco u dołu. Z drugiej strony skojarzyło mi się to z kolorem ciemnej kory, niekoniecznie dębowej – a przecież takich płatków dodano do piwa.

W zapachu da się wyczuć odrobinę karmelu, cień miodu i coś na kształt świeżo startej gorzkiej czekolady. Przebijają się przez to faktyczne piwne nuty, ale są dość dobrze zamaskowane. Piwo jest nisko nasycone, pęcherzyki gazu nie szczypią w język, bardziej to przypomina delikatne łaskotanie.

Z początku piwo wydaje się być słodkie, pojawia się gdzieś ten miód. Tyle, że ten smak kojarzy mi się z Zawierciem Miodowym, a w mojej opinii nie jest to dobre skojarzenie. Następnie pojawia się czekolada, może wanilia. Po chwili słodycz zostaje zastąpiona goryczką. O tyle ciekawe, że zdającą się pochodzić z gorzkiej czekolady, nie z chmielu. Ta faktyczna, wyczekiwana chmielowa gorycz pojawia się pod koniec, ale jest bardzo ułagodzona, kompromisowa. Cała ta feeria smaków, miks na który wystawione są kubki smakowe powoduje ostatecznie, że piwo wydaje się kwaskowate. Brakuje tu treści. Kolejny raz nasuwa mi się skojarzenie z kakao na wodzie. Alkohol został całkiem porządnie ukryty. Pod koniec picia lepiej wyczuwalne są nuty słodowe kierujące uwagę ku pale ale, jednak czekolada stanowi dominantę. Finisz delikatnie alkoholowy.

Zabrakło balansu. Panowie z AleBrowaru postawili na eksperyment i tym razem nie wyszło tak dobrze jak zwykle. Piwo nie jest złe, ale nie powoduje chęci zakupu kolejnego. Ten miks składników okazał się być nieco zbyt chaotyczny. Jednorazowy strzał? W takiej formie można to zaakceptować.

Przy okazji tego wpisu pierwszy raz posiłkowałem się notatkami głosowymi – jakże ciężko się przyzwyczaić do własnego głosu.

Pozostaje mi również pogratulować decyzji o budowie własnego browaru! 

KLIK

Stary Browar – Szubin

•15 grudnia 2012 • Dodaj komentarz

Zarówno wyjazdy i praca w terenie, jak i zły stan zdrowia, nie wpływają dobrze na prowadzenie bloga – nie ma na to rady. Epizody złego samopoczucia przeplatane kilkoma dniami w drodze to recepta na długą posuchę. Jednak jeden z ostatnich wyjazdów zaowocował poznaniem pensjonatu, który stał się tematem tego wpisu.

W małej miejscowości Szubin, na południowy-zachód od Bydgoszczy, znajduje się pensjonat Stary Browar. Dogadaliśmy się z właścicielem, że przyjedziemy około godziny 22. Tak też się stało. I nie byłoby w tym wszystkim tematu do wpisu gdyby nie trzy sprawy. Obiekt, piwo i podejście właściciela.

Przyjechaliśmy w nocy pod pięknie odrestaurowany i wyremontowany browar. Powitało nas bardzo przyjemne połączenie starego stylu związanego z funkcjonowaniem zakładu i zgrabnie wplecione elementy adaptujące budynek na potrzeby noclegowo-gastronomiczne. Stary Browar wygląda tak jak na zamieszczonym poniżej zdjęciu, prezentującym wiszący wewnątrz obraz. Ciężko zrobić zdjęcie budynku z zewnątrz, jeśli widzi się go już w nocy, a na drugi dzień – jeszcze w nocy.

Kiedy przybyliśmy kuchnia była już zamknięta i nie ma w tym winy niczyjej poza naszą. W tym momencie wkroczył właściciel proponując, że sam, wedle własnych umiejętności i dostępnych o tej porze składników zrobi nam posiłek – prosta kolacja, zjedzona w sporej sali bankietowej była naprawdę dobra.

Nasza radość na wieść, że warzy się tutaj piwo była krótka. Otóż dostęp do piwniczki był ograniczony do czasu funkcjonowania części gastronomicznej. Jednak właściciel zrobił dla nas wyjątek i już po chwili zaserwował nam metr piwa Szubińskiego Mocnego. 14% ekstraktu i 6% alkoholu. Karmel, słodycz i nuta palonego (?) słodu, podane w niskiej temperaturze i w niecodziennej oprawie. Nie było to piwo wybitne i wyznaczające nowe standardy. Porządny, ciemny lager, którego chętnie piliśmy. A z metra zaskakująco dużo dało się wyciągnąć. Rura, w której podano piwo trzymała niską temperaturę przez naprawdę długi czas, piana trzymała się do końca, co spowodowało, że pod koniec picia napój smakował tak samo jak na początku.

Piwo podane w rurze miało dla nas bardo specyficzny urok, jak żywo przypominało rdzeń osadów jeziornych, które to między innymi pobieraliśmy w czasie wyjazdów. Pozostało nam tylko przyklasnąć tej idei.

Gospodarz poza uraczeniem nas własnoręcznie przygotowaną kolacją i piwem, które dostaliśmy, jak się na drugi dzień okazało, na jego koszt, okazał się być niesamowicie miłym i komunikatywnym człowiekiem. Opowiedział historię browaru, o tym jak browar wyremontowano, jaka klientela przyjeżdża. I mimo tego, że sam przyznał, iż piwoszem nie jest bardzo chętnie rozmawiał na temat piwa. W internecie przeczytałem, iż w pubie przynależącym do lokalu serwowano różne piwa, niekoniecznie miejscowe. Nas uraczono piwem własnej produkcji. Podobno, tego nie jestem w stanie ocenić,  piwowar ma dostęp do starych notatek i receptur po dawnych właścicielach.

W repertuarze browaru są obecnie dwa piwa. Jasne i ciemne. Powstać ma trzecie, którego niestety nie pamiętam. Zagadnięty o butelkową wersję gospodarz odpowiedział, że starają się o dotację i rozpoczęcie butelkowania swoich wyrobów. Jeśli tylko tak się stanie chętnie zakupię kilka butelek do ponownej konsumpcji. Powiem więcej, bardzo chętnie pojechałbym tam jeszcze raz.